Express Bydgoski - "Duchy jak ludzie"


Anna Fijałkowska, łodzianka, swe zdolności medialne ujawniła w wieku 12 lat. Z duchami, jak sama twierdzi, współpracuje już od lat trzydziestu. Obecnie zajmuje się doradztwem życiowym i biznesowym, uwalnia od duchów nawiedzone domy, pomaga też ludziom, którym duchy nie dają żyć. Na ulotce reklamowej Pani Anny można przeczytać, iż cieszy się ona uznaniem Polonii kanadyjskiej, amerykańskiej, brazylijskiej, a nawet australijskiej. W sprawach biznesowych i życiowych dylematów z Anną Fijałkowską konsultują się osoby prywatne i liczne firmy.

- Kontakty z duchami to chyba nielekka profesja? Na ogół duchy budzą strach i respekt; niemała też grupa ludzi w ogóle neguje ich istnienie. Jak w kraju takim jak Polska zostaje się zawodowym spirytystą?
- Spirytystką zostałam z dwóch powodów: ponieważ od najmłodszych lat byłam medialna, a marnować talent to grzech. A także z potrzeby; bo chciałam pomóc córce. Lubię pomagać ludziom i potrafię dogadywać się z duchami - w tej profesji to najważniejsze rzeczy.
Któregoś dnia mojej córce wyszły na buzi liszaje; najpierw na jednym policzku, później na obu. Dwa razy byłam z nią u dermatologa - i nic; zastosowane leczenie nie pomagało. Postanowiłam więc, że zrobimy seans, że poradzimy się duchów...

- Zwołała pani konsylium w zaświatach?
- Coś w tym rodzaju. W każdym razie diagnoza była konkretna: grzybica. Duch, mój Opiekun, z którym konsultowałam się bezpośrednio, podał nawet nazwę leku, jaki powinno się stosować. Krótko mówiąc, seans był owocny. Idziemy do pani doktor, ona zastanawia się, co przepisać córce. W końcu decyduje się na maść. A wtedy moje dziecko z niewinną minką pyta: Ale czy to pomoże? Bo duchy powiedziały...
W gabinecie zapadła grobowa cisza. Cóż było robić, wyjaśniłam, że jestem spirytystką i że w zaświatach twierdzą, że to grzybica. Dobrze, lekarka na to, zrobimy wymaz na grzybicę. Jak przyszłam na drugi dzień po wynik, popatrzyła na mnie i mówi: "Ja nie wiem, po co pani w ogóle chodzi do lekarzy, jeśli ma pani... takie źródła informacji". "Ale duchy nie mogą wypisać recepty" - ja na to. Po chwili wychodziłyśmy z gabinetu z receptą na lek, który wskazał mi duch -Opiekun.

- Pani Anno, jak komunikuje się pani z zaświatami, w sposób klasyczny - z pomocą talerzyka czy za pośrednictwem medium?
- Gdy trzeba kogoś przekonać, medium jest nieodzowne. Kiedz duch przemawia przez medium, wielu niedowiarków traci rezon. To przyjemny widok. Z drugiej jednak strony, osoby medialne po takim seansie są bardzo zmęczone, dlatego polecam talerzyk. Oczywiście ja nie muszę już siebie przekonywać, że rozmawiam z duchami - tym bardziej, że na ogół słyszę je tak, jak teraz słyszę pana.

- Pani te duchy słyszy w głowie?
- Można to tak nazwać.

- A czy zdarza się, że osoby trzecie również słyszą te głosy?
- Mam kolegę, z którym wspólnie pracuję od lat i on bardzo często odbiera to samo co ja. Podam przykład. Trwa seans, oboje trzymamy ręce na talerzyku. Pada pytanie: Jaka jutro będzie pogoda? Duchy to najlepsza pogodynka, bo one nie zgadują, ale po prostu znają przyszłość. Z talerzyka czytamy: "Aura będzie przepiękna". Ja słyszę: "Jutro będzie piękna pogoda", a kolega, dajmy na to: "Spodziewaj się ślicznego dnia". Tak że treść jest ta sama, ale forma inna - bo te komunikaty są jednak przepuszczane przez filtry naszych umysłów.

- Wspomniała pani o swym duchu -Opiekunie, czy to ktoś w rodzaju anioła?
- To, mówiąc najprościej, duch wyższego rzędu; każdy ma swojego ducha -stróża. Ja z moim potrafię się bardzo dobrze porozumieć. To znakomity pośrednik. Potrzebuję najwyżej pięciu minut, by odszukać duszę wezwaną podczas seansu. Nigdy się na nim nie zawiodłam.

- Czy te duchy wyższego rzędu żyły kiedyś na ziemi, w ludzkich ciałach?
- Tak. Mój to już się teraz nauczył, ale z początku zdarzało mu się mówić dość specyficznym językiem. Np. "stanie się to roku pańskiego 1997" lub "seans z wami uważam za owocny". Czasem trzeba było się nieźle nagłowić, by zrozumieć, co naprawdę ma na myśli. Przy diagnozowaniu jednej pani usłyszeliśmy, że "jak usunie łyka, będzie dobrze". I cóż to te "łyka"? W końcu okazało się, że kobieta ma mięśniaki.

- Z tego co wiemy, pani nie tylko współpracuje z duchami, ale również je... eksmituje. Z nawiedzonych domów, z nawiedzonych ludzi. Czy to niebezpieczne?
- Jeszcze jak! Ostatnio pewna opętana dziewczyna goniła mnie wokół stołu. Zabiję cię! Zabiję - krzyczała. To rzeczywiście było niewesołe. Uciekałam i modliłam się, by nie wyjść z tego z podbitym okiem. To było o tyle istotne, że za trzy dni w Elblągu, miałam wygłosić wykład pod tytułem: "Kochajmy duchy - one są wśród nas"...

- A więc niektórych duchów nie da się polubić?
- Proszę pana, z duchami jest jak z ludźmi. Są dobre duchy i złe duchy. Jaki kto był za życia, taki jest i po śmierci. Cechy charakteru pozostają. Także te wredne.

- Co pani robi, gdy spotka wrednego ducha? Wymierza mu klapsa?
- Duchowi trzeba wytłumaczyć, że dla jego własnego dobra będzie lepiej, gdy odejdzie. Duch musi poczuć, że zależy nam na jego dobru. Przypadek, o którym wspominałam, był dość specyficzny. Ta dziewczyna, dziś dwudziestodwulatka, została opętana przez ducha, gdy miała lat 15. Prawda jest taka, że ona już nie umie bez niego żyć. Jej twarz nabrała męskich rysów; dziewczyna chodzi w spodniach, z krótkimi włosami. Kiedy udało nam się wykurzyć z niej lokatora (niestety nie na długo), dostała dziecinną buzię, ale także całkowicie straciła pewność siebie. Nie wiedziała jak żyć i zaczęła tęsknić do tego, co było. Siedem lat to prawie jak małżeństwo. Z tym, że z duchem nie da się wziąć rozwodu. Trzeba go wypędzić.

- I wypędziła go pani?
- Ta sprawa jest w toku. Jeśli mi się powiedzie, uznam to za spory sukces.

- Pani Anno, z tego co pani mówi wynika, że "po tamtej stronie" wcale nie jest lepiej niż tu. Duchy kłamią, przeklinają, bywają głupie i zawistne...
- Cóż, duchy nie różnią się aż tak bardzo od ludzi. Proszę pana, zdarzają się nawet duchy -podrywacze. Mówi taki dziewczynie, że ma piękne oczy, a potem np... łapie za pupę.

- ??
- Jeżeli dana pani jest medialna, to to czuje. Zdarza się, że taki pocałuje w policzek, weźmie za rękę.

- A czy możliwy jest romans z duchem?
- Znam panie, które twierdzą, że możliwy jest stosunek fizyczny z duchem. Mówią nawet, że to lepsze niż z... żywym mężem. Mnie już nic nie dziwi w tych sprawach. Wiem co myśleć, gdy np. pies łasi się do pustej wersalki. Albo kot robi ósemki pomiędzy czyimiś nieistniejącymi nogami. To jest dla mnie najzupełniej normalne. Kiedyś jeden duch przeszkadzał córce spać, a musiała wcześnie rano wstać do szkoły. Weszłam więc i mówię: "Chodź do mnie, dziewczynki muszą spać".

- I usłuchał?
- Był, widać, dobrze wychowany. Zresztą do duchów mam szczęście. Mój Opiekun też jest duchem na poziomie. Nie zdarza mu się skłamać czy zakląć.

- Pani Anno, co według pani wpłynęło na tak złą reputację duchów, że jeszcze dzisiaj wiele osób na myśl o nich dostaje gęsią skórkę?
- To jest strach, moim zdaniem, zupełnie nieuzasadniony. Owszem, zdarza się, że zły duch stąd nie odchodzi, pokutuje i odgrywa się na ludziach. Ale podejść do tego trzeba, jak do choroby. Temu indywiduum trzeba pomóc, wytłumaczyć wszystko jak dziecku. Trzeba ducha przekonać, żeby odszedł, wskazać mu drogę, dać opiekuna. I wtedy on się w nowym środowisku zaaklimatyzuje. Znam ludzi, którzy wyganiają i myślą, że jest po sprawie. To błąd! Duch i tak wróci, albo pójdzie do sąsiadów. To są półśrodki.

- Czy utrzymuje pani kontakt ze swą zmarłą rodziną?
- Oczywiście. Rozmawiamy, pomagamy sobie wzajemnie. Kiedyś szwagier - oczywiście szwagier-duch - pomagał mi w zakupie telewizora (śmiech).
Siostra obiecała, że załatwi składanego Panasonica, a to był rok 90. Robię seans, a mój szwagier na to: "Słuchaj, jutro przyjdzie do ciebie sąsiadka i będzie chciała ci sprzedać radziecki telewizor. Kup go koniecznie. Zobaczysz, będziesz zadowolona". Ruski brać, kiedy mam obiecanego Panasonica? Musiałabym na głowę upaść! Ale nic. Na drugi dzień sąsiadka zachodzi do mnie i mówi, że ma dwa telewizory na zbyciu. Czy bym nie wzięła? Ja swoje o Panasonicu. Wieczorem robię seans, a szwagier wkurzony: "I dlaczegoś nie wzięła?. Panasonica i tak nie dostaniesz, bo facet, który ma złożyć ten telewizor dostanie schizofrenii (rzeczywiście, jak się okazało z takim rozpoznaniem trafił do szpitala). Ty kup jeden, a drugi weźmie wujek. Wiem, że brakuje ci pieniędzy, ale nic się nie martw - wujek pożyczy ci milion sześćset".
Do wujka dzwonię: wujek twierdzi, że telewizor by kupił. W końcu przyjeżdża. Mówię, że brakuje mi pieniędzy, a on na to, że ma dla mnie kopertę. "Zobaczymy, czy ci duchy dobrze powiedziały. Ile tu włożyłem?" - wyciąga białą kopertę. "Milion sześćset" - ja na to. I faktycznie, tyle było, co do grosza. Nie powiedziałam jeszcze, że szwagier kazał mi kupić ten gorszy z dwóch telewizorów, felerny, z opuszczonzm obrazem. Na szczęście posłuchałam. Mój gra do dzisiejszego dnia, wujkowi po trzech miesiącach wysiadł kineskop. I niech pan powie, czy czasem nie warto posłuchać duchów?

- Pani Anno, zapytajmy na koniec, jaki według pani wiedzy jest stosunek duchów do ich święta, do Zaduszek? Czy cieszą je np. okazałe grobowce i lampki na marmurach?
- Cóż, duchy z reguły nie przywiązują do tego wagi. Oczywiście, te światłe, o wyższej świadomości. Bo duchy, które za życia lubiły się puszyć - kochają przepych marmurów i wszelką pompę... To dla nich dowód, że nadal się liczą. Jak już nie mają czym zaimponować, to mogą chociaż tym. "Moje" duchy są dojrzałe i wystarcza im, jak o nich pomyślę. Tego dnia zawsze są razem ze mną.

- Czy w Dzień Zaduszny duchy odwiedzają cmentarze?
- Ze trzy lata temu, wybrałam się w ten dzień na cmentarz bardzo późno. Było ciemno i niewiele widziałam. Ale od czego są przyjaciele, więc poprosiłam: "Poprowadzcie mnie, bo do was nie trafię!" I tak po ciemku, alejkami, a potem pomiędzy grobami prowadziły mnie, lekko popychając w plecy. Tak trafiłam na grób taty, szwagra (tego od telewizora). Potem "zaliczyłam" babcię, brata, wuja - wszystkich po kolei. Jak wychodziłam, cmentarz był zupełnie pusty - żywej duszy. Tylko znicze i ciemność. Tam się dwa cmentarze łączą, jest brama. Jak stanęłam w tej bramie, popatrzyłam i mówię: "Wszystkie jesteście myszki moje! I tak przyjdziecie do mnie na seans".

Rozmawiali: Wojciech M. Chudziński,
Tadeusz Oszubski

Zobacz oryginał